Szukaj na tym blogu

Obserwatorzy - bądź na bieżąco :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą netflix. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą netflix. Pokaż wszystkie posty

4.30.2022

Pstrokate migawki z kwietnia 2022!

Początek majówki? W końcu pora na ulubieńców kwietnia!

Nie powiem, czekałam na ten moment ^^. W końcu moje tegoroczne kwietniowe migawki są wyjątkowo wesołe i pstrokate :).

♥1. Wielkanoc. Więcej przy tym przygotowań niż odpoczynku, ale o tej porze roku nawet wiosenne porządki mają swój urok ;).

♥2. Zielono-żółte dekoracje i kwiaty do domu - jak powiew świeżości na wiosnę!


♥3. W ogóle kolory wiosny: żółty, pomarańczowy, czerwony, fiolet... Ech, aż mi się oczy do nich śmieją po tej szaro-burej zimie!



♥4. Deszczowe spacery - żeby zagrać pogodzie na nosie! Zresztą podobno "kwiecień, kiedy deszczem plecie, to się maj wystroi w kwiecie" ;).


♥5. Netflix: serial koreański "Oferta biznesowa" - leciutki, wesoły, oparty na komiksie HaeHwa. Co poniedziałek uśmiecham się na myśl o nowych odcinkach :).

Naprawdę, prawdziwie czarująca produkcja z Ann Hyo-seop i Kim Se-jeong. Rozbrajająco sympatyczna komedia romantyczna - z naturalną grą aktorską.


♥6. Ciasto krówka na biszkopcie! Z delikatnym wnętrzem o smaku toffi, puszystą masą mascarpone, słodką masą krówkową i chrupiącymi migdałami na wierzchu. Co prawda, trzeba go przygotować dwa dni wcześniej, ale jak już się przegryzie - marzenie :).

Łatwo znajdziecie przepis na ciasto, większość ma podobne proporcje. Podpowiem tylko, żeby na standardową okrągłą foremkę przygotować je z półtora porcji, ograniczając przy tym ilość miodu do dwóch łyżek.

Dobra masa mascarpone: 400 ml śmietany 12% ubitej ze Śnieżką Oetkera, stopniowo 250g mascarpone. W osobnym pojemniku trzeba ubić 1 żelatynę deserową Oetkera z połową szklanki letniej wody. Miksturę po troszku połączyć mikserem z masą.


♥7. Zorza polarna na fotografiach :). Kiedyś po prostu muszę ją zobaczyć na żywo! Przy okazji, mini zajawka książkowego podsumowania, które pojawi się na blogu jeszcze w maju ;).

A jak Wam minął kwiecień?

5.04.2021

"Cień i kość" - serial Netflix vs świat Leigh Bardugo

No cóż. Ostatnio jakoś nam rzadko dopisuje pogoda. Ale pomyślcie tylko! Tym lepsza wymówka, żeby nadrobić czytelnicze zaległości, czy w końcu obejrzeć najnowszy hit Netflixa i ... zanurzyć się w świecie Ravki aż po same uszy! Mamy na sali wielbicieli fantastyki, czy mrocznych westernów? Filmów kostiumowych, rosyjskich inspiracji? Zapraszam, zapraszam... dzisiaj każdy znajdzie coś dla siebie ^^.


♥ Książki: Leigh Bardugo - "Cień i kość" (trylogia Grisza, tom 1) i "Szóstka wron" (tom 1)

♥ Ekranizacja: "Cień i Kość" (Netflix, 2021, sezon 1, 8 odcinków po ok. 50 min)

Obsada: Ben Barnes jako Generał Kirigan (Darkling) , Jessie Mei Li jako Alina, Freddy Carter jako Kaz, Archie Renaux jako Malyen, Amita Suman jako Inej Ghafa, Kit Young jako Jesper Fahey...

ilustracja wykonana w Canva

W nawiązaniu do rosyjskich inspiracji Autorki, starsze wydania jej serii kuszą charakterystycznymi dla tego regionu, bajecznymi elementami architektury. W nowszych wydaniach prym wiodą już jednak - wcześniej bardzo subtelne - motywy zwierzęce.
                

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Leigh Bardugo miało miejsce ponad sześć lat temu - i zakończyło się na pierwszym tomie trylogii "Cień i Kość".

Dlaczego? Przecież to całkiem niezły przerywnik... Takie przyjemne YA fantasy osadzone w świecie inspirowanym carską Rosją. Ze standardową jak na YA, ale wciągającą fabułą. Bez nadmiernie irytujących postaci. Gładko się to to czytało... A jednak nie skusiłam się na kontynuację.

Patrząc z perspektywy czasu, po prostu mnie ta seria rozczarowała. Już wtedy czułam, że świat i postaci Bardugo mają ogromny potencjał! I było mi szkoda, że to, co powinno zostać rozwinięte - o mały włos nie zostało sprowadzone, spłycone do teatrzyku kartonowych marionetek i doklejonych dekoracji...

Na szczęście, pojawiła się ekranizacja - serial Netflix. I to jaki! Osiem półmrocznych, nastrojowych, 50 minutowych odcinków. Nakręconych z rozmachem - z zapierającym dech w piersiach poziomem wykonania. Solidny konkurent dla serii takich jak "Władca Pierścieni", czy "Gra o tron".

RÓŻNICE I PODOBIEŃSTWA

Ponieważ "Cień i kość" czytałam już dawno, a "Szóstki wron" w ogóle - nie skuszę się na szczegółowe zestawienie podobieństw i różnic pomiędzy książkami a serialem. Tym, którzy nie boją się spoilerów, polecam za to świetny artykuł Megan Vick >> klik! <<

Jak dla mnie, można to podsumować tak:

1. Serial gładko połączył w sobie dwie książki Bardugo, oryginalnie rozgrywające się w innym czasie ("Cień i Kość" i "Szóstka wron").

♥2. Serial wyszedł od świata stworzonego przez Leigh Bardugo, ale go wzbogacił i rozwinął.

Akcja dalej rozgrywa się w Ravce - inspirowanej carską Rosją, z prawie, że przeniesionym z Europy schematem konfliktów. Serial jednak dużo lepiej zobrazował i dopracował całą sytuację polityczną tj. jednocześnie prowadzone cztery wojny.

Dwie zewnętrzne: z Fjerdą inspirowaną krajami skandynawskimi, z Shu Han inspirowanym Chinami.

Dwie wewnętrzne: pomiędzy wschodnią i zachodnią częścią kraju - rozdzielonymi mroczną i pełną potworów Fałdą Cienia (carską dążącą do zjednoczenia i zachodnią z dostępem do morza i handlu dążącą do suwerenności), a także pomiędzy władającymi magią Grisza i ich pełnymi uprzedzeń, politycznymi przeciwnikami.

Na takim oto tle, poznajemy Alinę i Mala. Dwójkę młodych ludzi - powojennych sierot, przyjaciół z dzieciństwa, podążających za carskim wojskiem w roli odpowiednio kartografki i żołnierza - tropiciela.

Postać Aliny spina większość wątków politycznych. W serialu nie tylko jest pół-Shu, co wyraźnie dodaje mu głębi, ale też - podobnie jak w książce - nieświadomą swoich talentów Griszą. I to Griszą wyjątkową, bo posiadającą moc mogącą raz na zawsze unicestwić Fałdę Cienia i połączyć kraj, wzmacniając jego pozycję na arenie międzynarodowej.

Jedynie wątek Fjerda został zrealizowany całkowicie w oderwaniu od głównej bohaterki - poprzed poboczny wątek miłosny pomiędzy Griszą i żołnierzem Fjerda, który ją uprowadził.

W moim odczuciu, nie ma porównania między tym wielowymiarowym, pełnym splecionych ludzkich losów światem serialu, a tłem z rosyjskimi "dekoracjami" w książce.

Nie mówiąc już nawet o tym, że wiele z tych rosyjskich inspiracji roiło się od błędów, których Autorka mogła uniknąć za pomocą Google. Wspomnę jedynie, że Grisha to zdrobnienie od rosyjskiej wersji Grzegorza. Czyli w praktyce cały czas, w imię egzotyki nazywamy potężnych czarnoksiężników z Ravki... Grześkami ;). A to dopiero początek.

Zaciekawionych odsyłam do recenzji Jasmine: >> klik! <<

Czy ten problem znika w serialu? Nie do końca - przecież to ekranizacja. Za to jest już zupełnie nieodczuwalny poprzez niezwykle spójne przemieszanie przeróżnych inspiracji - melin jak z "Piratów z Karaibów", saloonów jak z westernów, holmesowych strojów niektórych postaci... To już prawdziwy świat fantasy - więc ciężko od niego oczekiwać akuratności np. dworskiej etykiety ;).

♥3. Twórcy serialu obrali bardziej uniwersalną, starszą grupę docelowych odbiorców. 

Serial jest skierowany już raczej nie do nastolatków, a ogólnie młodych dorosłych - obejmując tym samym już przecież starszych, oryginalnych fanów serii. Jednocześnie do roli Aliny i Mala zostali wybrani aktorzy w wieku około 25 lat, w prosty sposób, bez większych fanfar zmieniając wiek postaci.

♥4. Twórcy serialu poświęcili więcej uwagi postaciom, ich historii, wątkom, relacjom - tworząc fundament dla przyszłych sezonów.

Przykładem może tu być postać Darklinga, Generała Kirigana, czy jakby go nie nazwać - głównego złoczyńcy. 

Serial nie tylko zgłębia jego pełną ran przeszłość i aktualne motywacje, ale także dodaje mu bardziej ludzkiego wymiaru poprzez relację z Aliną. Serialowy Kirigan - mimo swoich manipulacji i chęci zemsty - jest równocześnie wyraźnie zakochany w Alinie i po raz pierwszy od lat - pełen nadziei na przyszłość. 

Grisza posługujący się ciemnością i Grisza posługująca się światłem - są dla siebie jak yin i yang. Serial - w przeciwieństwie do książki - stawia ich postacie na równym poziomie. 

Alina co prawda zaczyna od zagubionej, młodej kobiety - ale dynamicznie nabiera pewności siebie i odnajduje w sobie moc. W serialu to ona zaskakuje Generała pocałunkiem. Każda scena z ich udziałem aż iskrzy od emocji.

ilustracja wykonana w Canva

OBSADA AKTORSKA

Co do obsady aktorskiej - dawno nie widziałam tak idealnie dobranej. Realistyczna gra aktorska na najwyższym poziomie to zdecydowanie jedna z głównych przyczyn powodzenia serialu.

Zwłaszcza Ben Barnes jako Generał Kirigan - pełen sprzeczności, mroczny czarnoksiężnik - był niesamowicie magnetyczny. Sceny z jego udziałem należą do moich ulubionych.

ZDJĘCIA, SCENOGRAFIA I KOSTIUMY

Jeśli zerkniecie na ten tytuł na Filmweb, znajdziecie mnóstwo ludzi odpowiedzialnych za reżyserię, zdjęcia i scenografię. Nie da się wymienić nawet pojedynczego dyrektora artystycznego! 

Podejrzewam, że podobne masy były odpowiedzialne za przepiękne kostiumy - inspirowane różnymi kulturami - zarówno dla licznych postaci pierwszo- i drugoplanowych, jak i dla tłumów statystów.

Mimo tej rzeszy twórców, w serialu nie da się dostrzec rozbieżności np. między odcinkami spod jednego, czy drugiego reżysera. Jest to świat niesamowicie spójny - utrzymany w półmrocznym klimacie fantasy / western. 

Jako amatorka fotografii, muszę, po prostu muszę pochwalić ich za artystyczne ujęcia! Już nawet pomijając samo w sobie plastyczne tło - bajeczne kostiumy, czy np. w scenach pałacowych - Budapeszt - grą światła posługiwali się po mistrzowsku!

OPRAWA MUZYCZNA

Tym razem, podczas oglądania zupełnie nie zwróciłam uwagi na oprawę muzyczną. Wiem tylko, że był za nią odpowiedzialny Joseph Trapanese. Jej neutralność nie jest jednak wadą - wręcz przeciwnie - musiała się idealnie wtopić w klimat opowieści.

OGÓLNE WRAŻENIA

Chociaż jak zwykle przewinęłam trochę mniej interesujących mnie scen (głównie z bohaterami "Szóstki wron"), jestem pod wielkim wrażeniem tego serialu i cieszę się, że mogłam kontynuować swoją przygodę w Ravce :).

Rozwinięte wątki postaci - już nie tylko z punktu widzenia Aliny - świetnie dobrana obsada, realistyczna gra aktorska, piękne kostiumy, scenografia i nastrojowe, półmroczne ujęcia z idealną wręcz grą światłem, cały rozmach tych nagrań - dały niesamowity efekt synergii.

Dawno nie oglądałam aż tak klimatycznego serialu! Lepszej ekranizacji te książki nie mogłyby dostać! Jak nic, będzie to dla nich jak druga premiera. Sama się zastanawiam, czy nie doczytać po latach tej serii...

1.09.2021

Migawki z grudnia i styczniowy update

Jak tam w Nowym Roku Słoneczka? Trzymacie się ciepło? ^^ U mnie wszystko dobrze. Święta minęły mi wręcz błyskawicznie... Ani się człowiek nie obejrzał i już koniec wolnego!

Wypoczęliście trochę? Ja nawet nawet :). W Ulubieńcach grudnia wymieniłabym zimowe spacerki i cudny, nastrojowy koncert Blue Cafe na Netflix ♥.



Poza tym, soundtrack mojego grudnia? Zdecydowanie dwa melodyjne, "wilcze" utwory - "A Promise That I'll Keep" z "Wolfblood" i "Running with the wolves" Aurory.


Pod względem książek rekordów nie biłam ^^. Prawie same lekkie czytadła...

Z bardziej treściwych tytułów, "Oswajanie świata" Bouviera i dwie biografie Tony'ch - autobiografia Fitzjohna ("Tańczący z lwami") i reszteczka 14,5 godzinnego audiobooka o losach Halika - podróżnika - awanturnika. Czytał: Jerzy Stuhr. Przyznam szczerze, że przez pierwsze 14,5 godziny przyzwyczajałam się do niego jako lektora :D. Ale dobra książka... 

Poleci mi ktoś jakiś nowy audiobook? Poszukiwany lektor / lektorka o miłym dla ucha głosie ^^. Zastanawiam się nad "Medicusem"...


A Wy, z jaką książką skończyliście stary rok? Z jaką weszliście w nowy? Zwracacie na to w ogóle uwagę? Ja zawsze WIEKI pierwszą lekturę wybieram ^^.

Tym razem nawet specjalnie zachomikowałam sobie kupioną wcześniej cegiełkę - "Anegdoty z czterech stron świata". Mam przeczucie, że się na niej nie zawiodę ^^.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

11.19.2020

"W śnieżną noc" - świąteczny film Netflix vs zbiór opowiadań

Tak, to kolejny okołoświąteczny post. Tak, dalej mamy listopad :D. Jestem jednak przekonana, że fani tych klimatów przyznają mi rację: marnych parę dni na końcu grudnia to zdecydowanie za mało ^^. Do tego - jeśli wierzyć prognozie pogody - jutro ma się pojawić pierwszy śnieg!

Książka vs film:

♥ Książka: John Green, Lauren Myracle, Maureen Johnson - "Let it snow" / "W śnieżną noc" (po raz pierwszy wydana w 2008 roku, aktualnie wydanie "filmowe" Bukowego Lasu, 2019, 312 stron)

♥ Film: "W śnieżną noc" (Netflix, 2019, reż. Luke Snellin, w obsadzie: Mitchell Hope, Isabela Merced, Kiernan Shipka, Odeya Rush, Jacob Batalon, Shameik Moore i inni)



Ilustracja wykonana w Canva

Czytaliście już "W śnieżną noc"? Taki zbiór trzech świątecznych opowiadań YA, w tym Johna Greena? O grupce nastolatków, których losy splotły się w małym miasteczku, gdzie utknęli przez śnieżycę? 

Nie? To może z innej strony, widzieliście już na Netflix jego filmowy "odpowiednik"? Ja akurat zaczęłam od książki - tak z dwa lata temu... 


WRAŻENIA Z LEKTURY

Zaczynając bez ogródek, lektura jako całość mnie nie przekonała. Tym bardziej, że promocja była oparta na udziale Johna Greena - a mi akurat spodobało się tylko pierwsze opowiadanie Maureen Johnson. 

Jej historyjka może i nie była w pełni dopracowana, ale za to wyjątkowo świąteczna - leciutka, nastrojowa i urocza. Poza tym, w oryginalnej wersji językowej styl Maureen - swobodny, niewymuszony - wypadł po prostu lepiej od reszty. 

To opowiadanie naprawdę miało potencjał! Ech, gdyby je doszlifować, rozciągnąć do pełnowymiarowej powieści - byłby z tego prawdziwy świąteczny klasyk. Idealny na leniwy wieczór... Trochę szkoda :(.


FABUŁA OPOWIADAŃ (UWAGA, SPOILERY!)

1. Maureen Johnson - "Podróż Wigilijna" ("The Jubilee Express")

Rodzice Jubilee zostają aresztowani za udział w absurdalnych protestach kolekcjonerów ozdób świątecznych. Nie chcą, żeby była sama w domu na Święta. Dziewczyna musi więc zostawić swojego chłopaka i pojechać pociągiem do dziadków. 

Nadciąga śnieżyca. Pociąg awaryjnie zatrzymuje się w małym miasteczku. Jubilee spotyka sympatycznego chłopaka, który zaprasza ją do domu. Mimo tragicznych warunków pogodowych, nikogo nie informując, bez zasięgu i zastanowienia - oddala się z nim od grupy. Na szczęście Stuart nie okazuje się psychopatą i bezpiecznie lądują na kolacji u mamusi. 

Jubilee dochodzi do wniosku, że jej obecna druga połówka - Noah - nie zachowuje się do końca w porządku. Czy jednak wybierze dopiero co poznanego Stuarta?


Ilustracja wykonana w Canva

2. John Green - "Bożonarodzeniowy Cud Pomponowy" ("A Cheertastic Christmas Miracle")

Do miasteczka trafia również drużyna cheerleaderek. W przeciwieństwie do Jubilee, która właśnie przedziera się za nieznajomym po ciemku przez chaszcze, rozsądnie trzymają się razem. Przemarznięte - obejmują w posiadanie cieplutką knajpkę z waflami blisko stacji.

Naturalnie, wieść się roznosi i na miejsce migiem ściągają lokalni chłopcy. Śliczne cheerleaderki w ich małej mieścinie? Prawdziwy cud na Święta! Szykuje się spontaniczna impreza.

Nie wszyscy są jednak zadowoleni z "inwazji obcych" - chichoczących i machających pomponami. Wzbudzają zazdrość Duke, przyjaciółki jednego z chłopaków, skutecznie psując jej świąteczny nastrój. Może jednak nie wszystko jest stracone - może on też skrycie żywi do niej cieplejsze uczucia?

3. Lauren Myracle - "Święta Patronka Świnek" ("The Patron Saint of Pigs")

Egoistka Addie po kłótni z chłopakiem nie znajduje oparcia u przyjaciółki - też już zmęczonej jej podejściem do życia. Dalej niewiele pamiętam, bo przemknęłam jak najszybciej do szcześliwego zakończenia. Chyba była tam gdzieś po drodze jakaś świnka?


Ilustracja wykonana w Canva

RÓŻNICE I PODOBIEŃSTWA

Czy można ten film nazwać adaptacją? Według mnie nie. Netflix przerobił te opowiadania tak, że własny wydawca mógłby ich nie rozpoznać...

Już od pierwszych ujęć widać, że radykalnie zmienił tło, a wraz z nim klimat całej opowieści.

W książce mamy zamieć. Taką prawdziwą, pełną fantazji, skrajnie nieprzyjemną śnieżycę. Jest więc zimno, ciemno, momentami pewnie nic nie widać, bo wszystko zalepia mokry śnieg. Przemarznięci  do szpiku kości ludzie na złamanie karku lecą się gdzieś ukryć przed żywiołem. 

A w filmie? W filmie mamy wyprane z oryginalności, sielskie, kanadyjskie widoczki - jak ze świątecznych kartek. Takie pogodne zimowe południe, wprost idealne na sanki. Do tego z nieba cały czas sypie się delikatny, śnieżny puch...

Dalej, Netflix wziął się za majstrowanie przy fabule.

Scenarzyści oparli się głównie na (bardzo przeciętnym) drugim opowiadaniu, Greena. Rozciągnięto je na cały film, okraszono - o zgrozo - amerykańskimi żartami i przygodami na kształt "Stary, gdzie moja bryka?", też chyba losowanymi z kapelusza miejscami akcji... 

Co było do przewidzenia, uwaga publiczności skupiła się na jego parze. Netflix co prawda podmienił im uczucia (zazdrosny Tobin), ale oprócz bardzo stonowanych cheerleaderek, duch jego opowiadania - jako jedyny - został mniej więcej zachowany.

Pierwsze i trzecie opowiadanie zostały już jednak wywrócone do góry nogami. Światło reflektorów padło też na przyjaciółkę Addie - Dorrie, czyli bohaterkę nowego wątku Netflixa, dodanego zapewne dla reprezentacji innych orientacji.

Co więcej, chociaż mamy tu Julie i Stuarta, to jest to już jak dla mnie zupełnie inna para i nowa historia! Ku mojemu niedowierzaniu, twórcy filmu po prostu pozbyli się opowiadania Maureen. Nawet porządny cień po nim nie został :(.

I co dostaliśmy w zamian? Boleśnie plastikową randkę dziewczyny rozdartej pomiędzy wyjazdem na studia a chorobą mamy z przypadkowo spotkanym sławnym, samotnym muzykiem.


A WIĘC KSIĄŻKA CZY FILM?

Szczerze, w przeciwieństwie do też przecież sztampowej, a naprawdę sympatycznej adaptacji "Dasha i Lily", tutaj ani jedno, ani drugie mnie w pełni nie ujęło.

W książce spodobało mi się pierwsze opowiadanie i mocno działające na wyobraźnię tło: dom rodziców Jubilee - pełen zwariowanych, świątecznych ozdób, dalej mknący przez ciemność pociąg, małe miasteczko i jedna jedyna przytulna knajpka w szalejącej śnieżycy! Ale to przecież tylko część lektury...

A w filmie? Przypomnę, że w filmie się tych elementów pozbyli!

W opiniach widzów przewija się parę wspólnych uwag, z którymi się zgadzam. Raz, że to twór według amerykańskiego algorytmu na popularne świąteczne romansidło, podobny do innych jak dwa pierniczki z jednej foremki. Nie nadrabia też urokiem, czy naturalnym ciepłem.

I dwa, że ten obrany - cukierkowo bezbarwny - scenariusz zupełnie nie dał się wykazać aktorom.

Podsumowując, zbiorek opowiadań jako całość oceniam jako przeciętny. Film też był słaby, ale nie odradzam, bo może nada się na jeden wieczór. Gdzie indziej zobaczycie też hinduskie bóstwa i chińskiego noworocznego smoka razem z Jezusem w stajence? ;) Lepiej nie mieć tu jednak większych oczekiwań.

11.11.2020

"Dash i Lily" - świąteczny serial Netflix (adaptacja) vs książka Cohn i Levithana

Tak, dobrze widzicie. Podwójnie świąteczna recenzja w listopadzie ^^. Czy jednak nie należy nam się już odrobina grudniowej magii? Dla odmiany, relaksu po prostu - coś pogodnego, a nie jakieś same postapo - w tym roku ciut za realistyczne?

Z serii książka vs film:

♥ Książka: Rachel Cohn, David Levithan - "Dash i Lily" (Bukowy Las, 312 stron)

♥ Ekranizacja: "Dash i Lily" (Netflix, 2020, Joe Tracz, Midori Francis jako Lily, Austin Abrams jako Dash)

ilustracja wykonana w Canva. Ciasteczko - skojarzenie z bohaterką książki :).

Czytaliście kiedyś "Księgę wyzwań Dasha i Lily"? Takie słodkie, świąteczne YA, całkiem popularne z pięć lat temu? Albo już w nowym wydaniu - jako "Dash i Lily"?

Mi do niedawna kojarzył się już tylko sam szkielet tej powieści. Dwójka samotnych, nowojorskich nastolatków, którzy odnajdują się w wielkim mieście poprzez notes z wyzwaniami. Ot, specjalnie zostawiony w ulubionej księgarni ;). W paru słowach? Niezła, okołogrudniowa lekturka, ale w sumie nic nadzwyczajnego.

Czemu więc do niej wracam? Bo właśnie wczoraj była premiera jej ekranizacji. Tak, Netflix przerobił ją na kolejny, chwytliwy o tej porze roku świąteczny tytył (serial). Nie, że narzekam ^^ - lepsze to niż halloweenowe horrorki ;).

Pierwszy sezon to tylko osiem króciuteńkich (jak w anime) odcinków. Razem dają jednak prawie cztery godziny w świątecznym Nowym Jorku... Choćby dla samych ujęć - postanowiłam spróbować ^^.

FABUŁA - RÓŻNICE I PODOBIEŃSTWA

Sprawdźmy. Lily, optymistka, zagorzała wielbicielka świąt? Jest, entuzjazm wcielony. Cyniczny Dash, chwilowo ukrywający się przed wszystkimi? Niechętnie, ale obecny. Czy nie cierpi świąt? Bardzo. Czerwony notatnik z wyzwaniami też możemy odhaczyć. 

Czy jednak rodzina Lily była już azjatycko-amerykańska? Nie pamiętam... Czy jej brat w książce też miał chłopaka? Czy to Netflix zwyczajowo dorzucił dla reprezentacji?

Też, czy obie rodziny były bogate, czy scenografa poniosło? Przecież nie każdego stać na tak piękne - stylowe i przestrzenne - mieszkania w Nowym Jorku...

I jakie konkretnie były te wyzwania? Filmowe idealnie pasowały mi do reszty. Przy lekturze miałam jednak wręcz przeciwne wrażenie. Co tam było? 

Zerknęłam jeszcze rano na dostępne porównania i naprawdę pełno różnic ludzie wynaleźli... Z całą pewnością mogę jednak stwierdzić, że Joe Tracz uchwycił i rewelacyjnie oddał sedno, ducha tej powieści :). 

OBSADA AKTORSKA

I tu mnie Netflix naprawdę zaskoczył. Aktorzy (w głównych rolach Midori Francis i Austin Abrams) byli po prostu kapitalnie dobrani do postaci. Do tego dosłownie wszyscy sprawili się świetnie! 

Całość wręcz oczarowała mnie naturalnością - powiedzmy szczerze, nietypową dla amerykańskich produkcji Netflixa. Jak to dobrze, że twórcy serialu nie zepsuli wszystkiego typowo sitcomowym humorem!

Moją uwagę zwróciły zwłaszcza postaci drugoplanowe. Energiczny Dante Brown, z zaraźliwie radosnym uśmiechem, jako najlepszy przyjaciel Dasha. Pełna ekspresji Jodi Long, jako ekscentryczna, szykowna wróżka chrzestna ciotka Lily. James Saito jako przekonujący surowy, ale kochający dziadek.

Co ciekawe, serial wyprodukowała firma Nicka Jonasa, więc sam Nick też się w nim gościnnie pojawił.

ZDJĘCIA, SCENOGRAFIA I KOSTIUMY

Tu też jestem pod wrażeniem. Pomijając zgodność z książką, wyszło im to po prostu cudnie. Jak przegląd perfekcyjnych, nasyconych kadrów z Instagrama. Inspirująca scenografia (te wnętrza!), nastrojowe oświetlenie, książki, peeełno książek :D, barwne, dobrze dobrane kostiumy (wiecie, takie podkreślające charakter postaci) i jeszcze ten Nowy Jork w zimie... Bajka. Co tu więcej mogę dodać?

OPRAWA MUZYCZNA

Muzyka w tle była oczywiście świąteczna. Daję tu kolejny duży plus - za utrzymanie równowagi. Melodie nie były przytłaczające. Subtelnie, a skutecznie podkreślały nastrój scen.

OGÓLNE WRAŻENIA

Jak dla mnie, to lepiej tej książki nie mogli zekranizować. Przyznam nawet szczerze, że bardziej spodobał mi się serial!

Jestem zwłaszcza pod wrażeniem artystycznych ujęć i ogromu pracy, jaką w swoje postaci włożyli dosłownie wszyscy aktorzy. Co ciekawe, według Buzzfeed, Midori i Austin dla większej chemii na ekranie nawet wymieniali się na serio swoim własnym notatnikiem (spalili go po zakończeniu nagrań ;) ).

Naprawdę, trzeba pogratulować twórcom serialu - bo wyszedł im wyjątkowy, cudnie leciutki, ciepły i nastrojowy. Do tego dużo bardziej spójny niż ta powieść.

Jak nic będzie hit grudnia! Podobno zastanawiają się już nawet nad drugim sezonem. Ma to rację bytu, bo w sumie jest też druga książka. Kontynuacji nie wróżę już jednak takiego sukcesu.

Podsumowując, gorąco polecam. Nie ma na co czekać! Jeśli tylko szukacie czegoś przyjemnego, lekkostrawnego do obejrzenia - warto dorzucić do listy :). 

11.07.2020

(Nieksiążkowi) ulubieńcy jesieni 2020

Wiem, do pierwszego dnia zimy jeszcze kaaawał czasu. Postanowiłam jednak, że tym razem dla odmiany wrzucę już na bloga ulubieńców, czyli to, co mnie mimo wszystko tej jesieni cieszy. Ot, troszkę wcześniej na poprawę humorków ^^.


♥1. Po prostu jesień! Fakt, pogoda bywa różna, a nawet bardzo "różna". Za to jak tylko przyświeci słońce - świat aż się mieni od ciepłych, jesiennych barw :). Góry i lasy jesienią są po prostu cudowne! A deszczowe wieczory też nie są przecież najgorsze ;). Wystarczy puchaty kocyk, kakao i dobra książka, czy film.

ROZRYWKA

♥2. A propos filmów dokumenty o muzykach na Netflix! Mniej, czy bardziej wyreżyserowane i tak sięgają poza plastikową fasadę i pokazują sławnych muzyków jako... ludzi. Poza tym, przy obecnym stanie pandemii do koncertów na żywo nam daleko...

Od czego zacząć? Jeśli lubicie koreańskie klimaty - można wrzucić "BLACKPINK. Light Up The Sky". Amerykańskie? "Miss Americana" i cudny koncert "Reputation Stadium Tour" Taylor Swift. 

Ma dziewczyna moc! Pierwszy raz słyszałam ją w ostrzejszych tonach ("...Ready for it?" i "I Did Something Bad" ) i jestem pod wrażeniem.

♥3. Najlepsze audycje z amerykańskiego Mam Talent! Serio, brakuje mi tego programu, ale w obecnych warunkach to byłby kosmos. W każdym razie, do ulubieńców trafia Beau Dermott i jej musicalowy cover "Defying Gravity". Btw co za tekst!

♥4. Jeszcze mini-filmiki o ratowaniu zwierzątCo jak co, ale teraz zdecydowanie potrzebujemy też pozytywnych treści.

URODA


♥5. Jesienne barwy i jeżynowy kolor dodatków! Tu bez zmian, jakoś u mnie co roku powraca dla przełamania deszczowej szarości ;).

♥6. Z kosmetyków: podkład L'Oréal True Match. Dla mnie idealny, bo delikatny, leciutki, taki jakby pylisty? Łatwo się rozprowadza.
COŚ NA ZĄB :)

♥7. Dżem z jabłek! Nieskromnie powiem, że w tym roku wyszedł mi po prostu przepyszny :D.

♥8. Jeszcze sprzed fali: "artystyczna" kawiarnia Mono w Bielsku-Białej. Ceny wysokie, ale warto spróbować. Nie dość, że pysznie, to zobaczcie jakie tam mają cudeńka (szarlotki):


NAUKA JĘZYKÓW

♥9. Do nauki włoskiego (średniozaawansowany) darmowy podcast i filmiki "Italiano automatico".

I to by było na tyle. Coś miłego u Was? Trzymajcie się tam ciepło!

12.31.2018

"Do wszystkich chłopców, których kochałam" - trylogia Jenny Han + film - mini-maraton



Od tego mini-maratonu minęło już sporo czasu, ale lepiej późno niż wcale ;) - zapraszam na podsumowanie!
Fragment cukierkowo słodkiej, filmowej okładki "Do wszystkich chłopców, których kochałam" Wydawnictwa Kobiecego. Jak dla mnie, przykład szaty graficznej dobrze dobranej do treści.
Pozycje objęte mini-maratonem:
♥1. Jenny Han - "To All the Boys I've Loved Before" (Simon Schuster) 
/ polska wersja "Do wszystkich chłopców, których kochałam" (Wydawnictwo Kobiece)
♥2. Jenny Han - "P.S" I Still Love You" (Simon Schuster)
♥3. Jenny Han - "Always and Forever, Lara Jean" (Simon Schuster)
♥4. Film "Do wszystkich chłopców, których kochałam" (2018) reż.: Susan Johnson, w głównych rolach: Lana Condor, Noah Centineo, Israel Broussard

Ktoś jeszcze skusił się na przeczytanie trylogii Jenny Han na fali popularności jej pierwszej ekranizacji? :) Mnie zdecydowanie przekonały liczne posty na Buzzfeed, pełne zachwytów nad tym filmem. Że zabawny, że uroczy, że taaaki błyskotliwy... Tsk, z perspektywy czasu już wiem, że chociaż jest sympatyczny, to takich skrajnych opinii nie podzielam ;).

Ale do rzeczy!

Z tą nowojorską pisarką miałam już do czynienia wcześniej, przy "The Summer I Turned Pretty". Takiej krótkiej, leciutkiej, wyjątkowo wakacyjnej powieści YA. Obowiązkowo, z trójkątem miłosnym i humorzastym głównym bohaterem :D. Ech, czemu książkowe dziewczyny nie wybierają sympatycznych chłopaków, którzy rzeczywiście je wspierają? Jak na młodzieżówkę, całość była jednak nieźle napisana i nawet dość wzruszająca przez jeden z motywów. 


Mini-maraton też rozpoczęłam od książki, oczywiście pierwszej części. To była dobra decyzja - była świetna! To ona najbardziej przypadła mi do gustu. 

Uwaga! Spoilery!


Fabuła całej serii jest całkiem ciekawa: trzy dziewczyny pół-koreańskiego pochodzenia są wychowywane przez tatę wdowca. Najstarsza - prawdziwa podpora rodziny - wyjeżdża nagle na studia zagranicę. Druga najstarsza - Lara Jean - dotychczas szara myszka, pomagająca na co dzień w domu starości, piekąca ciasteczka i wynajdująca słodkie zestawy ubraniowe - nagle staje w świetle reflektorów. 

Jakby tego było mało - rezolutna starsza siostra zrywa przed wyjazdem ze swoim chłopakiem - wieloletnim przyjacielem rodziny. Na zawsze, albo i nie... I co ma teraz zrobić nasza Lara Jean, która uwielbia siostrę, ale już od dawna się w nim podkochiwała?


Nie ma zbyt dużo czasu do namysłu - jakimś cudem, jej pamiętnikowe wpisy - "listy" miłosne, które przez lata napisała "do" różnych chłopaków - zostają nagle naprawdę wysłane! Zdezorientowana Lara Jean postanawia za wszelką cenę uchronić się przed kompromitacją przed byłym siostry - oczywiście jednym z adresatów. Zaczyna spotykać się na niby z popularnym bad boy'em Peterem. Peter oczywiście nie pomaga za darmo - chce wzbudzić zazdrość w swojej mściwej, popularnej, byłej (albo i nie) dziewczynie. Z czasem, pomiędzy Peterem a Larą Jean pojawia się jednak coś więcej...

Wiem, wiem :D. Brzmi bardzo YA, niedojrzale. Ale wiecie co? Niesamowicie mi się ta książka spodobała. Była leciutka, pełna humoru, słodziutka i taaaka ciepła. Wyjątkowa przez sposób kreacji postaci i ich relacji, zwłaszcza rodzinnych - pomiędzy trzema różnymi jak dzień i noc siostrami, a także samotnym, bardzo starającym się, kochającym tatą.
ilustracja wykonana w Canva
Jak było dalej, w kolejnych książkach? Oj, potem to było już tylko gorzej. Serio. Zgrabna fabuła stała się chaotyczna, miejscami naciągana - taka jakaś... niepotrzebna. 

Pojawiła się nowa męska postać - przesympatyczny, romantyczny, zabawny, inteligentny i wyjątkowo dojrzały John Ambrose. Dla odmiany, Peter z uroczego rozrabiaki - stał się kapryśnym, nielojalnym i prawie zimnym draniem. Patrząc na "The Summer I Turned Pretty" - chyba nie muszę Wam zdradzać, którego z książkowych przystojniaków ostatecznie wybrała Lara Jean... No, dziewczyno! Tylko ręce załamać...

Trzecia część była jeszcze gorsza. Po prostu nudna! A co komu po nudnym YA?

Jak się miał do tego film? Do scenariusza wybrano najciekawsze sceny z pierwszej i po części - z drugiej książki. Zdjęcia wykonano profesjonalnie i z wdziękiem. Aktorzy zostali świetnie dobrani - od słodkiej Lary Jean, po wyjątkowo przystojnych aktorów w rolach męskich. Zwłaszcza ten aktor grający Johna Ambrose'a - uroczy! Nawet stroje im idealnie dobrali, żeby jak najbardziej zbliżyć się do książkowych klimatów. Film zakończył się w dobrym momencie, pozostawiając nieco miejsca na sequel.

Trochę jednak zabrakło mi w tym wszystkim serca. Interakcje między aktorami były dobre, ale - przykładowo - gdzie to subtelne ujęcie rodzinnych relacji, od których przy czytaniu robiło się ciepło na serduchu? Ech, książka to jednak książka :) - nie wszystko da się przekazać na ekranie.

Podsumowując, jeśli Was kusi, to gorąco polecam - ale tylko pierwszą część i ew. film :). Chyba nie ma co sobie psuć wrażenia dalszymi częściami - zwłaszcza jeśli przypadnie Wam do gustu Peter. Chociaż kto wie? Może akurat Wam się cała trylogia spodoba.

Czytaliście / oglądaliście? Jak wrażenia?

Szczęśliwego Nowego Roku!

Goodreads - ostatnio przeczytane

The Simple Wild
Can't Wait to Get to Heaven
The Accidentals
Suddenly Royal
The Library of Lost and Found
Zakochani w świecie. Malezja
Czytelniczka znakomita
Listen to Your Heart
Better off Friends
Atlas szczęścia
Love & Luck
Drzewo życzeń
Za rękę z Koreańczykiem
Rekin z parku Yoyogi
Love & Gelato
Love Factually: 10 Proven Steps from I Wish to I Do
The Oracle Year
American Panda
Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin
Boże Narodzenie w Lost River


Strona po stronie's favorite books »

Archiwum

Popularne posty