Szukaj na tym blogu

Obserwatorzy - bądź na bieżąco :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

10.26.2024

Nowości! "W świetle nocy" Wójtowicz i "Pierwszy urok" Trepkowskiej-Janas

Szukacie czegoś klimatycznego na jesień? Nic poważnego, ambitnego - po prostu czegoś fajnego, lekkiego na weekend? Z humorem, magicznego, może odrobinkę spooky ^^? Jeśli tak - mam dla Was coś ciekawego :).

O pozostałych premierach książek z jesieni 2024 -> klik!

Fragment nowoczesnej, zadziornej, kreskówkowej okładki
"W świetle nocy" Mileny Wójtowicz (Wydawnictwo SQN).
Wyjątkowo adekwatnej do treści, klimatycznej, z jesienną paletą barw!

♥ Milena Wójtowicz - "W świetle nocy" (Wydawnictwo SQN)

"W świetle nocy" to trzeci tom serii "Post Scriptum" Mileny Wójtowicz - polskiej autorki ubran fantasy i komedii kryminalnych. Jeśli słyszycie o tej serii po raz pierwszy - nie obawiajcie się - spokojnie można go przeczytać osobno.

Sprawdziłam na własnej skórze ;). Tak, o zgrozo - nie przeczytałam jeszcze poprzednich części. Co więcej, razem z opowiadaniami - Goodreads pokazuje ich aż dwanaście! I chociaż Milena Wójtowicz jest autorką mojego ulubionego, przesympatycznego "Podatku" - to sugerując się recenzjami o pewnym spadku formy po przerwie - na razie raczej się na nie nie skuszę ;).

Spadek formy z początku serii, czy nie - tom trzeci sprawdza się już całkiem dobrze.

To bardzo lekka, humorystyczna lektura. Nic ambitnego, głębokiego - ale pod kątem rozrywki nie zawodzi. Ot, wciągające polskie urban fantasy, pełne barwnych postaci i fantastycznych stworów. Wesolutka parodia o początkującej wampirzycy, przebywającej pod opieką równie zębatej instruktorki BHP (tj. strzygi) ;). Widoczne odniesienia do popkultury - tj. "Zmierzchu".

Nie miałam do tego tytułu większych oczekiwań, ale / więc? bawiłam się świetnie :). Duży plus dla Autorki za silne postaci kobiece :).

Fragment czarującej ;) okładki 
"Pierwszego uroku" Katarzyny Trepkowskiej-Janas (EmpikGo).
Świetny dobór kolorów, mocny kontrast, gra światła i cienia
- to zdecydowanie zwraca uwagę wśród nowości!

♥ Katarzyna Trepkowska-Janas - "Pierwszy urok" (Wydawnictwo EmpikGo)

"Pierwszy urok" to nie debiut, ale zdecydowanie sprawia takie wrażenie. Jest w nim coś specyficznego dla niedoskonałych, ale pełnych nadziei pisarskich początków ;).

To historia młodej czarownicy, z szanowanego rodu - elit magicznego i niemagicznego świata.

Z pozoru nie obdarzona talentem magicznym bohaterka, istne rozczarowanie ambitnej matki i babki, rozpoczyna studia na kierunku socjologii. Ku swojemu zdziwieniu - właśnie na normalnym uniwersytecie, wśród osób niemagicznych - odkrywa w końcu swoje magiczne moce.

Uwaga - akcja zaczyna się BARDZO wolno, właściwie rozkręca się dopiero w drugiej połowie. Ba! Patrząc na strukturę fabuły - otwarte wątki - podejrzewam, że jest to pierwszy tom planowanej serii. Niemniej, to fantastyka lekka i przyjemna, z dość ciekawą kreacją świata i postaci.

Czytaliście już może? Jak wrażenia?

5.04.2021

"Cień i kość" - serial Netflix vs świat Leigh Bardugo

No cóż. Ostatnio jakoś nam rzadko dopisuje pogoda. Ale pomyślcie tylko! Tym lepsza wymówka, żeby nadrobić czytelnicze zaległości, czy w końcu obejrzeć najnowszy hit Netflixa i ... zanurzyć się w świecie Ravki aż po same uszy! Mamy na sali wielbicieli fantastyki, czy mrocznych westernów? Filmów kostiumowych, rosyjskich inspiracji? Zapraszam, zapraszam... dzisiaj każdy znajdzie coś dla siebie ^^.


♥ Książki: Leigh Bardugo - "Cień i kość" (trylogia Grisza, tom 1) i "Szóstka wron" (tom 1)

♥ Ekranizacja: "Cień i Kość" (Netflix, 2021, sezon 1, 8 odcinków po ok. 50 min)

Obsada: Ben Barnes jako Generał Kirigan (Darkling) ♥, Jessie Mei Li jako Alina, Freddy Carter jako Kaz, Archie Renaux jako Malyen, Amita Suman jako Inej Ghafa, Kit Young jako Jesper Fahey...

ilustracja wykonana w Canva

W nawiązaniu do rosyjskich inspiracji Autorki, starsze wydania jej serii kuszą charakterystycznymi dla tego regionu, bajecznymi elementami architektury. W nowszych wydaniach prym wiodą już jednak - wcześniej bardzo subtelne - motywy zwierzęce.
                

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Leigh Bardugo miało miejsce ponad sześć lat temu - i zakończyło się na pierwszym tomie trylogii "Cień i Kość".

Dlaczego? Przecież to całkiem niezły przerywnik... Takie przyjemne YA fantasy osadzone w świecie inspirowanym carską Rosją. Ze standardową jak na YA, ale wciągającą fabułą. Bez nadmiernie irytujących postaci. Gładko się to to czytało... A jednak nie skusiłam się na kontynuację.

Patrząc z perspektywy czasu, po prostu mnie ta seria rozczarowała. Już wtedy czułam, że świat i postaci Bardugo mają ogromny potencjał! I było mi szkoda, że to, co powinno zostać rozwinięte - o mały włos nie zostało sprowadzone, spłycone do teatrzyku kartonowych marionetek i doklejonych dekoracji...

Na szczęście, pojawiła się ekranizacja - serial Netflix. I to jaki! Osiem półmrocznych, nastrojowych, 50 minutowych odcinków. Nakręconych z rozmachem - z zapierającym dech w piersiach poziomem wykonania. Solidny konkurent dla serii takich jak "Władca Pierścieni", czy "Gra o tron".

RÓŻNICE I PODOBIEŃSTWA

Ponieważ "Cień i kość" czytałam już dawno, a "Szóstki wron" w ogóle - nie skuszę się na szczegółowe zestawienie podobieństw i różnic pomiędzy książkami a serialem. Tym, którzy nie boją się spoilerów, polecam za to świetny artykuł Megan Vick >> klik! <<

Jak dla mnie, można to podsumować tak:

♥1. Serial gładko połączył w sobie dwie książki Bardugo, oryginalnie rozgrywające się w innym czasie ("Cień i Kość" i "Szóstka wron").

♥2. Serial wyszedł od świata stworzonego przez Leigh Bardugo, ale go wzbogacił i rozwinął.

Akcja dalej rozgrywa się w Ravce - inspirowanej carską Rosją, z prawie, że przeniesionym z Europy schematem konfliktów. Serial jednak dużo lepiej zobrazował i dopracował całą sytuację polityczną tj. jednocześnie prowadzone cztery wojny.

Dwie zewnętrzne: z Fjerdą inspirowaną krajami skandynawskimi, z Shu Han inspirowanym Chinami.

Dwie wewnętrzne: pomiędzy wschodnią i zachodnią częścią kraju - rozdzielonymi mroczną i pełną potworów Fałdą Cienia (carską dążącą do zjednoczenia i zachodnią z dostępem do morza i handlu dążącą do suwerenności), a także pomiędzy władającymi magią Grisza i ich pełnymi uprzedzeń, politycznymi przeciwnikami.

Na takim oto tle, poznajemy Alinę i Mala. Dwójkę młodych ludzi - powojennych sierot, przyjaciół z dzieciństwa, podążających za carskim wojskiem w roli odpowiednio kartografki i żołnierza - tropiciela.

Postać Aliny spina większość wątków politycznych. W serialu nie tylko jest pół-Shu, co wyraźnie dodaje mu głębi, ale też - podobnie jak w książce - nieświadomą swoich talentów Griszą. I to Griszą wyjątkową, bo posiadającą moc mogącą raz na zawsze unicestwić Fałdę Cienia i połączyć kraj, wzmacniając jego pozycję na arenie międzynarodowej.

Jedynie wątek Fjerda został zrealizowany całkowicie w oderwaniu od głównej bohaterki - poprzed poboczny wątek miłosny pomiędzy Griszą i żołnierzem Fjerda, który ją uprowadził.

W moim odczuciu, nie ma porównania między tym wielowymiarowym, pełnym splecionych ludzkich losów światem serialu, a tłem z rosyjskimi "dekoracjami" w książce.

Nie mówiąc już nawet o tym, że wiele z tych rosyjskich inspiracji roiło się od błędów, których Autorka mogła uniknąć za pomocą Google. Wspomnę jedynie, że Grisha to zdrobnienie od rosyjskiej wersji Grzegorza. Czyli w praktyce cały czas, w imię egzotyki nazywamy potężnych czarnoksiężników z Ravki... Grześkami ;). A to dopiero początek.

Zaciekawionych odsyłam do recenzji Jasmine: >> klik! <<

Czy ten problem znika w serialu? Nie do końca - przecież to ekranizacja. Za to jest już zupełnie nieodczuwalny poprzez niezwykle spójne przemieszanie przeróżnych inspiracji - melin jak z "Piratów z Karaibów", saloonów jak z westernów, holmesowych strojów niektórych postaci... To już prawdziwy świat fantasy - więc ciężko od niego oczekiwać akuratności np. dworskiej etykiety ;).

♥3. Twórcy serialu obrali bardziej uniwersalną, starszą grupę docelowych odbiorców. 

Serial jest skierowany już raczej nie do nastolatków, a ogólnie młodych dorosłych - obejmując tym samym już przecież starszych, oryginalnych fanów serii. Jednocześnie do roli Aliny i Mala zostali wybrani aktorzy w wieku około 25 lat, w prosty sposób, bez większych fanfar zmieniając wiek postaci.

♥4. Twórcy serialu poświęcili więcej uwagi postaciom, ich historii, wątkom, relacjom - tworząc fundament dla przyszłych sezonów.

Przykładem może tu być postać Darklinga, Generała Kirigana, czy jakby go nie nazwać - głównego złoczyńcy. 

Serial nie tylko zgłębia jego pełną ran przeszłość i aktualne motywacje, ale także dodaje mu bardziej ludzkiego wymiaru poprzez relację z Aliną. Serialowy Kirigan - mimo swoich manipulacji i chęci zemsty - jest równocześnie wyraźnie zakochany w Alinie i po raz pierwszy od lat - pełen nadziei na przyszłość. 

Grisza posługujący się ciemnością i Grisza posługująca się światłem - są dla siebie jak yin i yang. Serial - w przeciwieństwie do książki - stawia ich postacie na równym poziomie. 

Alina co prawda zaczyna od zagubionej, młodej kobiety - ale dynamicznie nabiera pewności siebie i odnajduje w sobie moc. W serialu to ona zaskakuje Generała pocałunkiem. Każda scena z ich udziałem aż iskrzy od emocji.

ilustracja wykonana w Canva

OBSADA AKTORSKA

Co do obsady aktorskiej - dawno nie widziałam tak idealnie dobranej. Realistyczna gra aktorska na najwyższym poziomie to zdecydowanie jedna z głównych przyczyn powodzenia serialu.

Zwłaszcza Ben Barnes jako Generał Kirigan - pełen sprzeczności, mroczny czarnoksiężnik - był niesamowicie magnetyczny. Sceny z jego udziałem należą do moich ulubionych.

ZDJĘCIA, SCENOGRAFIA I KOSTIUMY

Jeśli zerkniecie na ten tytuł na Filmweb, znajdziecie mnóstwo ludzi odpowiedzialnych za reżyserię, zdjęcia i scenografię. Nie da się wymienić nawet pojedynczego dyrektora artystycznego! 

Podejrzewam, że podobne masy były odpowiedzialne za przepiękne kostiumy - inspirowane różnymi kulturami - zarówno dla licznych postaci pierwszo- i drugoplanowych, jak i dla tłumów statystów.

Mimo tej rzeszy twórców, w serialu nie da się dostrzec rozbieżności np. między odcinkami spod jednego, czy drugiego reżysera. Jest to świat niesamowicie spójny - utrzymany w półmrocznym klimacie fantasy / western. 

Jako amatorka fotografii, muszę, po prostu muszę pochwalić ich za artystyczne ujęcia! Już nawet pomijając samo w sobie plastyczne tło - bajeczne kostiumy, czy np. w scenach pałacowych - Budapeszt - grą światła posługiwali się po mistrzowsku!

OPRAWA MUZYCZNA

Tym razem, podczas oglądania zupełnie nie zwróciłam uwagi na oprawę muzyczną. Wiem tylko, że był za nią odpowiedzialny Joseph Trapanese. Jej neutralność nie jest jednak wadą - wręcz przeciwnie - musiała się idealnie wtopić w klimat opowieści.

OGÓLNE WRAŻENIA

Chociaż jak zwykle przewinęłam trochę mniej interesujących mnie scen (głównie z bohaterami "Szóstki wron"), jestem pod wielkim wrażeniem tego serialu i cieszę się, że mogłam kontynuować swoją przygodę w Ravce :).

Rozwinięte wątki postaci - już nie tylko z punktu widzenia Aliny - świetnie dobrana obsada, realistyczna gra aktorska, piękne kostiumy, scenografia i nastrojowe, półmroczne ujęcia z idealną wręcz grą światłem, cały rozmach tych nagrań - dały niesamowity efekt synergii.

Dawno nie oglądałam aż tak klimatycznego serialu! Lepszej ekranizacji te książki nie mogłyby dostać! Jak nic, będzie to dla nich jak druga premiera. Sama się zastanawiam, czy nie doczytać po latach tej serii...

1.27.2021

Tańcząc z lwami w Nowy Rok! (recenzja autobiografii Tony'ego Fitzjohna)

"Sukces nigdy nie jest ostateczny. Porażka nigdy nie jest totalna. 
Liczy się tylko odwaga."
Winston Churchill

ilustracja wykonana w Canva

Tony Fitzjohn - "Tańczący z lwami" (tyt. oryginalny: "Born wild") (Świat Książki)

"Sukces nigdy nie jest ostateczny. Porażka nigdy nie jest totalna. Liczy się tylko odwaga."
Winston Churchill

Takim oto cytatem kończy się „Tańczący z lwami” – lektura, z którą weszłam szumnie w Nowy Rok. Zadedykowana „Dzikim Stworzeniom” autobiografia Anglika, który ku zaskoczeniu bliskich odnalazł ww. odwagę i miejsce na świecie akurat pośród lwów w samym sercu Afryki.

„Tańczący z lwami” to opowieść sięgająca do powojennego przedmieścia Londynu, gdzie urodził się i został adoptowany Autor. Przemykająca pobieżnie przez lata szkolne i niespokojną młodość w Wielkiej Brytanii - spędzoną na bezskutecznym poszukiwaniu celu. Tocząca się jak rzeka - przez spontaniczną przeprowadzkę do Afryki w 1971 roku - aż do czasów współczesnych.

To historia obejmująca ponad 40 lat pracy z dzikimi zwierzętami w Afryce – najpierw w dopiero co powstającym Parku Narodowym Kora w Kenii, pod uważnym okiem mentora – "Staruszka" George’a Adamsona, potem samodzielnej, z żoną i licznymi dziećmi w odradzającym się Mkomazi w Tanzanii.

Pracy w czasach burzliwych konfliktów politycznych. Życia pozbawionego komfortu, na odludziu, pełnego niebezpieczeństw – czy to ze strony przywracanych naturze zwierząt, kłusowników, próbujących zagarnąć tereny parku pasterzy, czy wrogo nastawionych plemion. Grup uzbrojonych, impulsywnych młodych ludzi – odrzucających podstawowe wartości. Jednak mimo wszystko - także życia pełnego satysfakcji…

To wyjątkowa, wartościowa lektura. Naprawdę, ciężko znaleźć równie inspirującą i (subtelnie) pozytywną. Na pewno poruszy (jeśli nie przerazi) miłośników zwierząt. Docenią zwłaszcza opisy kontaktów, międzygatunkowej komunikacji głównych bohaterów z lwami…

Czy ją polecam? Tak, zdecydowanie - ale bardziej doświadczonym czytelnikom.

Mimo licznych zdjęć i lekkiego pióra Autora, nie jest to bowiem książka łatwa dla początkujących miłośników literatury podróżniczej. 

To nie bajka. To szczera autobiografia zagubionego, a przy tym pełnego pasji i dobrych chęci człowieka. To krwawa, trudna historia początków ochrony przyrody w Afryce - naprawdę naszpikowanych wyzwaniami. Wciągająca – ale też naturalistyczna, treściwa, wymagająca skupienia...

Wybór pozostawiam do samodzielnej decyzji.

1.20.2021

Nikola Kucharska - "Wielka Księga Zagadek i Łamigłówek" (recenzja) :)

Dzisiaj będzie o naprawdę przesympatycznej książce dla dzieci :). Jeśli szukacie czegoś ciekawego na prezent - koniecznie rzućcie na nią okiem!

fragment nieco chaotycznej, ale za to barwnej i wesołej okładki :)

Nikola Kucharska - "Wielka Księga Zagadek i Łamigłówek"
Wydawnictwo GREG

Jeśli tak jak ja macie w rodzince osóbki w wieku około sześciu do ośmiu lat, to na pewno już niejeden raz głowiliście się nad prezentem. 

W końcu, dzieciaki w tym wieku mają już z zasady sporo popularnych zabawek, a do tego potrzebują czegoś bardziej dającego do myślenia. Ot, nowych wyzwań na swoją - broń Boże, jeśli się pomylisz -  już NIE przedszkolakową miarę! I jak ratują tu człowieka przeróżne dostępne na rynku gadżety, gry planszowe i karciane, to przecież czasami ma się ochotę na odmianę!

I tutaj wkracza do akcji Wydawnictwo GREG z "Wielką Księgą Zagadek i Łamigłówek" Nikoli Kucharskiej.

Książka prezentuje się po prostu wyśmienicie. Spory format (300 x 240 mm), miękka, ale solidna oprawa i ta okładka! Nie dość, że bajecznie kolorowa, to jeszcze pełna fantazyjnych stworzeń :).

To na pierwszy rzut oka. A dalej? Prawie 250 stron - barwnych i pełnych akcji! Na samą myśl od razu się uśmiecham :).

Zastanówmy się - co lubią dzieciaki w tym wieku? Zwierzaki? Jakieś potworki? Piratów? Kosmitów? Dinozaury? Księżniczki i rycerzów? Detektywów? Morskie stworzenia? Pojazdy? Dosłownie każdej z tych rzeczy jest poświęcony jeden rozdział książki!

fragment mniej złożonej ilustracji z Księgi Nikoli Kucharskiej. 
Piratka z typowymi dla stylu Autorki odstającymi uszami i zadartym noskiem.

Tyle klimatycznych tematów, a naprawdę - żaden z rozdziałów nie zaniża poziomu! Każdy jest pełen wciągających zadań. Każdy zachęca do zabawy masą oryginalnych, zadziornych (jak noski postaci ;) ) ilustracji. I chociaż kolorystyka całości jest z deczka stonowana - nie sposób odwrócić od tego wydania wzroku!

A jak zadania? Czy nie za proste, czy nie za trudne? 

Sama kupiłam, to wiem, że to kluczowe pytanie. W końcu, "za proste" to nuuudne, a "za trudne" - nawet jeśli ktoś troszkę pomoże - zniechęca do wypełniania...

A więc jak to jest? 

Książka jest oficjalnie przeznaczona dla dzieci w wieku od 6 do 8 lat, co według mnie nieźle odpowiada praktyce. Dużo zależy jednak od danego dziecka i nastawienia rodziców. Plusem są tu zdecydowanie poziomy trudności zadań - 3 różne i wyraźnie oznaczone rysunkowymi medalami.

"Łatwe" to zadania typu wyobraź sobie i dorysuj, np. co zjadł smok, pokoloruj, dopasuj cień, jakieś prostsze labirynty, czy łączenie par. Dalej pojawiają się coraz bardziej zaawansowane jak szukanie różnic, odnajdywanie w tłumie i liczenie, wykreślanie z literek wybranych słów.

W przypadku młodszych dzieciaków trudniejsze mogą wymagać pomocy rodziców, albo po prostu odłożenia na później.

fragment charakterystycznie pełnej akcji, szczegółowej ilustracji z Księgi Nikoli Kucharskiej

Podsumowując, to naprawdę przeurocza, humorystyczna, rozwijająca wyobraźnię i różnego typu zdolności pozycja dla dzieci - a do tego w świetnej cenie! Pani Nikola trafia na moją listę sprawdzonych autorów :). Jej Księga co prawda wymaga na początku pewnego zaangażowania rodziców, czy dziadków, ale w dłuższej perspektywie - zapewni godziny solidnej rozrywki.

Ba! Wydawca pomyślał nawet o odpowiedziach do zagadek. Spisali się - wypisz wymaluj - na szóstkę z plusem!

12.02.2020

"Szczęście z piernika" vs "Serce z piernika" :D - bitwa o motyw!

Trochę wcześniej, bo mnie kusi :D - kolejna bitwa o motyw! Zapraszam serdecznie, będzie romantycznie, korzennie... troszkę banalnie, ale za to świątecznie ^^.

Pierniczkowe skarby z moich zeszłorocznych zapasów:
♥ Tomasz Betcher - "Szczęście z piernika" (332 strony, W.A.B)
♥ Magdalena Kordel - "Serce z piernika" (407 stron, Znak)

Znajoma kiedyś w prezencie dostała. Prawda, że prześliczne? 
Pyszności! Słodko wyglądają ^^.

"Szczęście z piernika"

Autorem "Szczęścia z piernika" jest Tomasz Betcher - doświadczony pedagog, pracujący z młodzieżą w trudnej sytuacji życiowej. Jego świąteczna powieść to krzepiąca historia, dla dorosłych - ale pokroju "Jeżycjady", czy "Samotnych wysp i storczyka" Onichimowskiej.

Jej akcja rozgrywa się w Toruniu, gdzie Kalina, były pracownik korporacji i świeżo zdradzona narzeczona - próbuje się pozbierać i otworzyć w końcu swoje marzenie - cukiernię "Ja pierniczę".

Zbliżają się Święta. Do wpół-otwartego lokalu trafiają przez przypadek Rafał - facet po przejściach - i jego nastoletnia córka Oliwka. Pomiędzy trójką zagubionych ludzi szybko nawiązuje się nić porozumienia...

Wrażenia? Tytuł zdecydowanie nie został doklejony na siłę. 100% pierniczkowego klimatu gwarantowane ^^. Co miłe, choć Autor reprezentuje "męski", konkretny punkt widzenia - to w jego powieści nie brakuje też elementów "kobiecych" - jak ciepłe fragmenty o uczuciach, czy choćby inspiracje kulinarne :).


"Serce z piernika"

Magdalena Kordel to znana autorka lekkich, kobiecych powieści romantycznych, o mocno poetyckim - momentami wręcz dekoracyjnym stylu. Jej "Serce z piernika" to połączenie typowo polskiej obyczajówki z realizmem magicznym rodem z "Dziadów", wieszczka gratis ^^.

Główną bohaterką "Serca" jest Klementyna - zabiegana, samotna mama prowadząca w sieci popularny sklepik z pierniczkami i opiekująca się kochaną, ale momentami wyjątkowo złośliwą babką, która na starość straciła kontakt z rzeczywistością. Wykończona codzienną walką i spragniona zmiany na lepsze.

Za sprawą szczypty pierniczkowej magii (realizm magiczny ^^), postanawia wrócić do malutkiego miasteczka swojego dzieciństwa. Z pomocą niezawodnej przyjaciółki, pakuje towarzystwo i z dnia na dzień przeprowadza się do odziedziczonej, różowej, jakby polukrowanej kamienicy. Malowniczego miejsca, w którym jej rodzina prowadziła niegdyś słynną na cały region cukiernię. Czy jednak odnajdzie w nim upragniony spokój i szczęście?

Podsumowując, leciutka, nastrojowa lekturka - z takich, od których robi się ciepło na sercu. Idealna na leniwe, niedzielne popołudnie ^^.


Bitwa o motyw!

Która z tych pierniczkowych obyczajówek wypadła lepiej? 


Idąc po kategoriach:

♥ Okładka - "Szczęście z piernika"

Oba projekty są miłe dla oka i nawiązują do tytułów. Mają dobrze dobrane czcionki (urocze serce w "S" "Serca"!). Wydawcy zadbali nawet wizualnie o często pomijane, a przecież bardzo ważne grzbiety (oba z pierniczkiem - serduszkiem :) ).

Nie ma się tu do czego przyczepić. No, moooże do herbaty na szaliku :D, ale już nie takie "kompozycje" na bookstagramie widzieliśmy. 

Okładki idą łeb w łeb ^^. Pozostaje więc wybrać tę, która bardziej przyciąga wzrok. A "Szczęście" z soczystą, choinkową zielenią po prostu wyróżnia się wśród niebieskawych stert ;).

♥ Motyw pierniczków - remis

Wybór arcytrudny, bo oba tytuły są wyjątkowo pierniczkowe ;). 

"Szczęście z piernika" angażuje wszystkie zmysły. Czytelnik wręcz czuje zapach korzennych pyszności i ciepło buchające ze starodawnego pieca. Do tego lektura zawiera przeróżne przepisy.

W "Sercu z piernika" wypieki grają za to o wiele większą rolę - patrz: pierniczkowa magia ^^ - a ich opisy są wyjątkowo plastyczne.

♥ Miejsce akcji - remis

Piernikarnia w starej toruńskiej kamienicy, czy w starej kamienicy w malutkim miasteczku w górach?

♥ Postaci - remis

Kalina i Klementyna - nasze główne bohaterki - są do siebie niesamowicie podobne. Czy to pod względem charakterów, pierniczkowej pasji, zawodów (przyszła właścicielka cukierni), momentu, w którym je zastajemy (na początku nowej, życiowej ścieżki), czy nawet patrząc po byłych.

Postaci drugoplanowe w obu tytułach są jednakowo barwne i sympatyczne. 

♥ Ogólna ocena - "Szczęście z piernika"?

Obie pozycje są na swój sposób urocze - ciepłe i wyjątkowo nastrojowe. "Szczęście" jest bardziej konkretne w stylu, a "Serce" - rozmarzone i okraszone realizmem magicznym.

Obie są też dość stereotypowe. Nadałyby się na świąteczny film obyczajowy ;). Zawierają te same elementy, co dziesiątki im podobnych - a to przeprowadzkę do malowniczej miejscowości, a to porzucenie pracy w bezdusznej korporacji, czy rodzinną tragedię z czasów wojny...

Finalnie wybieram "Szczęście", bo wydaje mi się bardziej spójne i dopracowane (tu m.in. ciut realistyczniejsze dialogi). Przy obu książkach bawiłam się jednak jednakowo dobrze :).

Czytaliście? Jakie inne polskie obyczajówki polecacie na Święta?

11.11.2020

"Dash i Lily" - świąteczny serial Netflix (adaptacja) vs książka Cohn i Levithana

Tak, dobrze widzicie. Podwójnie świąteczna recenzja w listopadzie ^^. Czy jednak nie należy nam się już odrobina grudniowej magii? Dla odmiany, relaksu po prostu - coś pogodnego, a nie jakieś same postapo - w tym roku ciut za realistyczne?

Z serii książka vs film:

♥ Książka: Rachel Cohn, David Levithan - "Dash i Lily" (Bukowy Las, 312 stron)

♥ Ekranizacja: "Dash i Lily" (Netflix, 2020, Joe Tracz, Midori Francis jako Lily, Austin Abrams jako Dash)

ilustracja wykonana w Canva. Ciasteczko - skojarzenie z bohaterką książki :).

Czytaliście kiedyś "Księgę wyzwań Dasha i Lily"? Takie słodkie, świąteczne YA, całkiem popularne z pięć lat temu? Albo już w nowym wydaniu - jako "Dash i Lily"?

Mi do niedawna kojarzył się już tylko sam szkielet tej powieści. Dwójka samotnych, nowojorskich nastolatków, którzy odnajdują się w wielkim mieście poprzez notes z wyzwaniami. Ot, specjalnie zostawiony w ulubionej księgarni ;). W paru słowach? Niezła, okołogrudniowa lekturka, ale w sumie nic nadzwyczajnego.

Czemu więc do niej wracam? Bo właśnie wczoraj była premiera jej ekranizacji. Tak, Netflix przerobił ją na kolejny, chwytliwy o tej porze roku świąteczny tytył (serial). Nie, że narzekam ^^ - lepsze to niż halloweenowe horrorki ;).

Pierwszy sezon to tylko osiem króciuteńkich (jak w anime) odcinków. Razem dają jednak prawie cztery godziny w świątecznym Nowym Jorku... Choćby dla samych ujęć - postanowiłam spróbować ^^.

FABUŁA - RÓŻNICE I PODOBIEŃSTWA

Sprawdźmy. Lily, optymistka, zagorzała wielbicielka świąt? Jest, entuzjazm wcielony. Cyniczny Dash, chwilowo ukrywający się przed wszystkimi? Niechętnie, ale obecny. Czy nie cierpi świąt? Bardzo. Czerwony notatnik z wyzwaniami też możemy odhaczyć. 

Czy jednak rodzina Lily była już azjatycko-amerykańska? Nie pamiętam... Czy jej brat w książce też miał chłopaka? Czy to Netflix zwyczajowo dorzucił dla reprezentacji?

Też, czy obie rodziny były bogate, czy scenografa poniosło? Przecież nie każdego stać na tak piękne - stylowe i przestrzenne - mieszkania w Nowym Jorku...

I jakie konkretnie były te wyzwania? Filmowe idealnie pasowały mi do reszty. Przy lekturze miałam jednak wręcz przeciwne wrażenie. Co tam było? 

Zerknęłam jeszcze rano na dostępne porównania i naprawdę pełno różnic ludzie wynaleźli... Z całą pewnością mogę jednak stwierdzić, że Joe Tracz uchwycił i rewelacyjnie oddał sedno, ducha tej powieści :). 

OBSADA AKTORSKA

I tu mnie Netflix naprawdę zaskoczył. Aktorzy (w głównych rolach Midori Francis i Austin Abrams) byli po prostu kapitalnie dobrani do postaci. Do tego dosłownie wszyscy sprawili się świetnie! 

Całość wręcz oczarowała mnie naturalnością - powiedzmy szczerze, nietypową dla amerykańskich produkcji Netflixa. Jak to dobrze, że twórcy serialu nie zepsuli wszystkiego typowo sitcomowym humorem!

Moją uwagę zwróciły zwłaszcza postaci drugoplanowe. Energiczny Dante Brown, z zaraźliwie radosnym uśmiechem, jako najlepszy przyjaciel Dasha. Pełna ekspresji Jodi Long, jako ekscentryczna, szykowna wróżka chrzestna ciotka Lily. James Saito jako przekonujący surowy, ale kochający dziadek.

Co ciekawe, serial wyprodukowała firma Nicka Jonasa, więc sam Nick też się w nim gościnnie pojawił.

ZDJĘCIA, SCENOGRAFIA I KOSTIUMY

Tu też jestem pod wrażeniem. Pomijając zgodność z książką, wyszło im to po prostu cudnie. Jak przegląd perfekcyjnych, nasyconych kadrów z Instagrama. Inspirująca scenografia (te wnętrza!), nastrojowe oświetlenie, książki, peeełno książek :D, barwne, dobrze dobrane kostiumy (wiecie, takie podkreślające charakter postaci) i jeszcze ten Nowy Jork w zimie... Bajka. Co tu więcej mogę dodać?

OPRAWA MUZYCZNA

Muzyka w tle była oczywiście świąteczna. Daję tu kolejny duży plus - za utrzymanie równowagi. Melodie nie były przytłaczające. Subtelnie, a skutecznie podkreślały nastrój scen.

OGÓLNE WRAŻENIA

Jak dla mnie, to lepiej tej książki nie mogli zekranizować. Przyznam nawet szczerze, że bardziej spodobał mi się serial!

Jestem zwłaszcza pod wrażeniem artystycznych ujęć i ogromu pracy, jaką w swoje postaci włożyli dosłownie wszyscy aktorzy. Co ciekawe, według Buzzfeed, Midori i Austin dla większej chemii na ekranie nawet wymieniali się na serio swoim własnym notatnikiem (spalili go po zakończeniu nagrań ;) ).

Naprawdę, trzeba pogratulować twórcom serialu - bo wyszedł im wyjątkowy, cudnie leciutki, ciepły i nastrojowy. Do tego dużo bardziej spójny niż ta powieść.

Jak nic będzie hit grudnia! Podobno zastanawiają się już nawet nad drugim sezonem. Ma to rację bytu, bo w sumie jest też druga książka. Kontynuacji nie wróżę już jednak takiego sukcesu.

Podsumowując, gorąco polecam. Nie ma na co czekać! Jeśli tylko szukacie czegoś przyjemnego, lekkostrawnego do obejrzenia - warto dorzucić do listy :). 

7.11.2020

"Tsunami historii" Macieja Rosalaka

Maciej Rosalak - "Tsunami historii. Jak żywioły przyrody wpływały na dzieje świata" (wydawnictwo Fronda)

"Tsunami historii" to najnowsza książka Macieja Rosalaka - prawdziwego pasjonata, dziennikarza - historyka znanego z setek artykułów popularyzujących historię (m.in. w "Historia Do Rzeczy", czy dla "Rzeczypospolitej").

Zapomnijcie o nudnych, szkolnych lekcjach. Rosalak to doświadczony autor i entuzjasta, który potrafi ożywić nawet najbardziej zamierzchłe czasy. Powiem więcej, ta książka to ponad czterystustronicowy dowód na to, że historia nie jest nudna ;). Jej temat przewodni? Wielowymiarowość wydarzeń, czynniki zewnętrzne, w skrócie - wpływ natury na dzieje ludzkości.

Fragment cudnej, pełnej fantazji okładki "Tsunami historii" wydawnictwa Fronda.
Dobrana kolorystyka i Napoleon wśród rybek - zdecydowanie przyciąga uwagę :).

To solidna pozycja z wyraźnie przemyślaną kompozycją. 

Z początku rozdziały układają się chronologicznie. Zaczynamy od kosmosu i powstania Ziemi. Dalej są pierwsze zalążki życia na niebieskiej planecie, dinozaury, epoki lodowcowe... Tematy, które część z Was kojarzy pewnie - jak ja - z wkuwaniem na pamięć er na geografii ;). A szkoda, bo jak się okazuje - wcale nie są beznadziejnie suche!

Dalej mamy super wulkany, Pompeje, zagwozdkę legendarnej Atlantydy... Autor płynnie przechodzi w dzieje biblijne, czasy potopów i różnych "znaków na niebie i ziemi".

Powolutku, gdzieś od połowy książki, na pierwszy plan wychodzi układ tematyczny. Czy się sprawdza? Przy dłuższych rozdziałach tak, przy krótkich niestety nieźle miesza w głowie. Zwłaszcza, że końcówka lektury to coraz częściej bitwy i ogólnie wojny. Temat z natury zawiły i w moim przypadku - o wiele mniej pociągający.

Ogólne wrażenia?

Szkoda, że we wszystkich szkołach nie uczą tak jak Rosalak! Z wdziękiem, leciutko, odnosząc się z łatwością do mitów, fragmentów Biblii, listów dawnych Rzymian, dzieł literackich (Dantego, Mickiewicza...), czy słynnych obrazów. Wyławiając części wspólne, ziarenka prawdy. Pokazując przyczyny i skutki. Patrząc na różne aspekty i nie tylko z perspektywy Europy, ale też i innych stron świata. Czy wiedzieliście np., że Chińczycy mieli swojego własnego wielkiego odkrywcę, i to z o wiele bardziej imponującymi statkami niż ówczesne europejskie?

Czy polecam "Tsunami historii"? Zdecydowanie. Przyznam, sama wahałam się przed lekturą. W końcu, biorąc pod uwagę ilość opisanych katastrof naturalnych, czy to dobry wybór na pandemię? Wbrew oczekiwaniom, lwia część książki była jednak dziwnie podnosząca na duchu. W końcu ludzkość PRZETRWAŁA już tyle nieszczęść! Końcówka dotycząca wojen miała już jednak inny wydźwięk. Czy to nie przeraźliwie smutne, jak często my ludzie jesteśmy źródłem własnego cierpienia? Ale takich tematów też trzeba być świadomym - choćby po to, żeby nie powtarzać historii w kółko.


Jeśli czujecie się zachęceni - tytuł z 2016 roku, dość trudny do złowienia w księgarniach. Dostępny za to na stronie Wydawnictwa: klik!

6.30.2020

Książki z kodami QR? "Blondynka na Hawajach"

Kody QR w książkach.. Szczerze, jakoś wcześniej się nad tym nie zastanawiałam... Ale fakt, już dawno nie dziwi ludzi widok tych kwadracików na plakatach, czy przypadkowych produktach. W końcu to czysta wygoda! Może rzeczywiście przyszedł już czas na książki?

Weźmy na przykład mój ulubiony magazyn dla fanów kultury włoskiej, "Italia Mi piace". Kilka sekund na zeskanowanie kodu telefonem i już mogę się cieszyć nagraniem wybranego tekstu. Współczesny człowiek jest w wiecznym pędzie. Czy to nie przydatne?

Mało kto zaprzeczy, że to idealny dodatek do materiałów dydaktycznych. Ale tak... w zwykłych powieściach?! Jak? Po co? Ostatnio mogłam się przekonać na własnej skórze. Nieświadomie zamówiłam sobie pierwszą "multimedialną" książkę podróżniczą ^^.


Beata Pawlikowska - "Blondynka na Hawajach" (Edipresse Kolekcje)

Fragment wyjątkowo barwnej i radosnej okładki "Blondynki na Hawajach" Edipresse :).
Kubeczek dostałam ostatnio od przyjaciółki - na dalekie podróże wprost z fotela ;).

"Blondynka na Hawajach" to najnowsze dzieło Beaty Pawlikowskiej. Książka podróżniczo-lifestyle'owa, multimedialna - wzbogacona za pomocą kodów QR o tematycznie dobrane filmiki na Youtube.

Na zakup skusiłam się z nostalgii. Jako mały molik książkowy byłam duuużą fanką Beaty Pawlikowskiej. Nie tyle samych jej książek, co stylu podróżniczki - która o swoich przygodach opowiadała lekko, radośnie i prowadziła cudną, interaktywną stronkę ;).

To był mój pierwszy kontakt z literaturą podróżniczą. Nie zauważałam uproszczeń, płytkości opisów, czy innych możliwych niedociągnięć. Czysta radość z lektury. Do dziś wspominam te czasy bardzo ciepło.

Poza tym, jeszcze nigdy nie czytałam książki podróżniczej konkretnie o Hawajach. Czemu by nie spróbować najpierw czegoś lekkiego? Ale właśnie... Podróżniczej?

Przecież w ostatnich latach Pawlikowska wyraźnie grawitowała w stronę duchowości, medytacji... Jakim cudem o tym zapomniałam? To zmienia postać rzeczy!

Tak więc, jak podobały mi się fragmenty i filmiki o naturze, zwyczajach, historii (tu zwłaszcza okruszki z dzienników dawnych podróżników), czy hawajskiej mitologii, to przeszkadzały mi ciągłe wtrącenia życiowych mądrości.

Chociaż poglądy Autorki były całkiem sensowne i pozytywne, to raz, wybijały mnie z rytmu, i dwa - irytowała mnie przesadna, raczej naiwna idealizacja stylu życia rdzennych mieszkańców w połączeniu z antykonsumpcjonizmem. 

Tak, kolonizacja niosła za sobą mnóstwo cierpienia. Tak, można się zafascynować danym światopoglądem. Ale tu, no to już prawie, że mamy motyw szlachetnego dzikusa z siedemnastego wieku! A z perspektywy czasu wiemy przecież, jak bardzo był szkodliwy dla zrozumienia innych kultur. Ale nic to! Ta zepsuta cywilizacja! Zło totalne! Bez niej byłoby idealnie, tylko pokój na świecie, połączenie z naturą i powszechne szczęście.

Dalej, zachęcająco opisane kody QR co rusz kusiły mnie, żeby uruchomić kolejny filmik na komórce. Wszystkie materiały były prosto, profesjonalnie nagrane, ale w połączeniu z nie do końca spójną kompozycją tekstu ogólnie ciężko było mi się zatopić w lekturze.


Ilustracja wykonana za pomocą Canva

Podsumowując WRAŻENIA OD STRONY "MULTIMEDIALNEJ", znajduję sporo wspólnych przemyśleń z Konradem z Antyweb.pl.

Kody QR są niesamowicie przydatne. W książkach też dają dodatkowe pole do popisu. Już nawet nie wspominając o podręcznikach, książki podróżnicze, popularnonaukowe, czy choćby kucharskie łatwo jest wzbogacić o bonusowe materiały. Dzięki nim czytanie zyskuje nowy wymiar.

Jednak wdrożenie nowej technologii w praktyce niesie za sobą pewne wyzwania. Tu nie można działać "kopiuj-wklej".

Po pierwsze, materiały muszą być na poziomie i nie utrudniać immersji. To już nie są tradycyjne zdjęcia, na które można rzucić okiem i błyskawicznie wrócić do lektury. Nawet 5-10 minutowy filmik potrafi nieźle rozproszyć uwagę czytelnika, czy po prostu zmienić nastrój.

W "Blondynce" kody zostały tematycznie przyporządkowane do rozdziałów. Doceniam trud wydawcy, ale według mnie nie bylo to wystarczające. Lepszym rozwiązaniem byłoby zebranie ich w paru miejscach (w trzech, czterech sekcjach). Kody można by nałożyć na mapki obrazujące trasę przebytą przez Autorkę.

Po drugie, należy zadbać o aktualność, czy jak to ujął Konrad - ponadczasowość lektury.

Fakt, jest wiele innych przyczyn, dla których książki tracą datę ważności. Miałam np. kiedyś poradnik o modzie z świetnym tekstem i mnóstwem zdjęć z już wręcz komicznymi, staromodnymi kreacjami. Też inny, który chwalił emaile jako szczyt osiągnięć komputerowych. Czasami uznaje się takie pozycje za "migawki dawnych czasów", ale nie zawsze się to sprawdza.

Przy kodach QR pojawia się podobny problem jak przy postach z linkami. Czy jest coś bardziej irytującego niż zepsute odesłania w interesującym nas tekście?

Materiały dodatkowe często "wiszą" na stronach niezależnych od wydawnictw, jak filmiki na Youtube. Jak długo będą tam utrzymywane? W tym kontekście, muszę pochwalić wydawcę "Blondynki" za zamieszczenie w książce zdjęć odpowiadających filmikom, co w przyszłości może złagodzić efekt dezaktualizacji.

Podsumowując, czy chciałabym częściej widzieć kody QR w książkach? Tak, o ile ma to rzeczywiste uzasadnienie. Zdecydowanie ułatwiłyby mi życie w przypadku pozycji o muzyce, jako odniesienia do poszczególnych utworów ;). Świetne byłyby też w książkach kucharskich.


A co Wy myślicie o kodach QR w książkach?
Znacie jakieś książki multimedialne?

4.04.2020

"Sztuka prostego życia" Shunmyo Masuno i "Ludzie" Matta Haiga

Za oknami radośnie świeci słońce. Śpiewają ptaki. Po niebie leniwie płyną chmurki... Aż chce się na chwilkę zapomnieć o tym, co się teraz dzieje na świecie!

Tylko jak tu zapomnieć? Na pewno łatwiej z dobrą lekturą. U mnie ostatnio zen - zen w czasach #zostanwdomu... Jakby kogoś też ten temat kusił, to poniższy tytuł jest dostępny na Empik Go, a Empik ostatnio rozsyłał użytkownikom kody za darmoszkę. Warto zerknąć na emaila!


♥1. Shunmyo Masuno - "Sztuka prostego życia. 100 wskazówek jak osiągnąć szczęście i spokój" (Wydawnictwo Buchmann)

"Sztuka prostego życia" to zbiór  króciutkich przypowiastek spod pióra słynnego przeora buddyjskiej świątyni zen. Od razu przyciągnęła mój wzrok w aplikacji, choć jako doświadczony czytelnik lekkich, inspirowanych Japonią poradników trochę obawiałam się tu za płytkiego = irytującego podejścia do tematu. Na szczęście, okazała się po prostu urocza :).

Co teraz najważniejsze, miała niesamowicie pozytywny przekaz!
"Nie urodziłbyś się, gdyby zabrakło choćby jednego z twoich przodków. (...) gdybyś cofnął się o dwadzieścia, a nawet trzydzieści pokoleń - być może nawet ponad miliona osób. (...) Twoje istnienie (...) wyda ci się wówczas cudem, (...) zrozumiesz jak cenne jest życie"
Po drugie, zawierała w sobie mnóstwo rozsądnych (wiem, ktoś dopowiedziałby: banalnych) wskazówek, którymi spokojnie można się kierować w codziennym życiu.

Ilustracja wykonana w Canva - maneki-neko, czyli kotek przynoszący szczęście :)
z ważką - jednym z najciekawszych, japońskich symboli.

Moje ulubione:

♥ Wykorzystaj w pełni każdy dzień! Uwierz w siebie. Zmiany przychodzą krok po kroku. 

♥ "Zaakceptuj rzeczywistość jaką jest". "Wszystkie dni są dobre" - przyjmij pozytywne nastawienie :). Często nie mamy kontroli nad sytuacją, w której się znajdujemy. Nasze reakcje to już zupełnie inna bajka!

♥ Bądź wdzięczny za zwykłe dni. 

♥ Spróbuj od czasu do czasu powiedzieć sobie "To mi wystarczy". Fakt, zachłanność jest typowo ludzka, ale w ostatecznym rozrachunku wcale nie uszczęśliwia. Niespełnione pragnienia strasznie wytrącają z równowagi. Czasami wystarczy docenić to, co się już ma :).

♥ Spraw komuś radość! Czyny, nie tylko słowa :).

♥ Staraj się dostrzegać w ludziach dobre strony i nie szacować, co mogą wnieść do Twojego życia. 

♥ Nie każdy musi Cię polubić ;). Zamiast walczyć z wiatrakami, spróbuj nawiązać głębszą więź z wybranymi osobami. 

♥ Spędzaj więcej czasu wśród natury, w kościele, czy innym cichym miejscu. To pozwoli Ci odzyskać ład duchowy :). (wiem, musimy tu poczekać na koniec tej zarazy... Ale będzie lepiej!)

Do tego dochodzą jeszcze subtelnie japońskie klimaty jak fascynacja porami roku... Polecam cieplutko wszystkim wielbicielom Kraju Kwitnącej Wiśni i poszukującym odrobiny spokoju :).

Ilustracja wykonana w Canva

♥2. Matt Haig - "Ludzie. Powieść dla Ziemian" (PWN)

"Ludzie" Haiga to książka spokojna i dość surrealistyczna. Haig - znany autor poradników - próbuje w niej nauczyć Ziemian korzystać z życia za pomocą historii pewnego niewydarzonego kosmity. Tak, nie mylicie się, to lekkie, obyczajowe science-fiction z morałem!

Wrażenia? Dało się przeczytać ;). Fabuła była całkiem pomysłowa, choć pozbawiona szczegółów. Całość mogłaby brzmieć naturalniej, ale też przypominała w stylu świetne "Agent to the Stars" Scalziego (choć była o wiele mniej humorystyczna). Ogólnie nie było najgorzej ;). Czytaliście?

Co tam ostatnio czytacie / oglądacie na poprawę humoru?

3.29.2020

"Cool po koreańsku" i "Za rękę z Koreańczykiem"

Jak tam Wam mija ta wyjątkowo słoneczna niedziela? Nie ma co udawać - aż szkoda, że sytuacja nie jest normalna i nie można się razem bez zmartwień wybrać na wiosenny spacerek... No, cóż... Nie wiem, jak Wy, ale ja na pocieszenie chociaż do czytania wybiorę sobie najbardziej słoneczny kawałek kanapy ;).

♥1. Euny Hong - "Cool po koreańsku. Narodziny fenomenu" (Wydawnictwo Relacja)

fragmenty okładek "Cool po koreańsku" Relacji i "Za rękę z Koreańczykiem" Kwiatów Orientu. Niesamowicie brakuje mi w tych projektach nasyconych barw i przyciągających wzrok elementów! Z drugiej strony, dobrze współgrają ze spokojną w stylu treścią...

"Cool po koreańsku. Narodziny fenomenu" to już w zasadzie książka historyczna. Po raz pierwszy wydano ją w 2014 roku, a opowiada o fundamentach coraz większej popularności Korei Południowej, o tzw. koreańskiej fali (hallyu), która niepostrzeżenie obiegła cały świat.

W tym konkretnym przypadku, sześć lat od wydania to naprawdę szmat czasu... Powiedzmy szczerze - kto w 2020 roku nie słyszał jeszcze o cukierkowym k-popie z fantazyjnymi teledyskami i uroczymi, tańczącymi synchronicznie gwiazdkami, o barwnych, pełnych emocji k-dramach (zwłaszcza z podróżami w czasie ^^), czy manhwach i lekkich powieściach? Albo chociaż o grupie Samsung i kosmetykach z tego kraju? Ja zdecydowanie zaliczam się do fanów całego pakietu.

Czy zatem jest to już "przeterminowana" książka, z gatunku tych, które po chwilowej popularności znikają w odmętach literatury? Zdecydowanie nie!

Po pierwsze, daje nam wgląd na genezę tego zjawiska. Nie miałam pojęcia, że hallyu zostało na zimno zaplanowane przez PR rządu Korei Południowej jako sposób na wyjście całego kraju ze skrajnej biedy i było przez niego metodycznie pielęgnowane przez lata! I nie mówię tu tylko o stworzeniu infrastruktury, jak powszechny dostęp do internetu, ale też o przeróżnych formach dofinansowania, wsparcia, ochrony przemysłu filmowego, wręcz bezpośredniej ingerencji w koncerty!

Po drugie, pozwala nam poznać mentalność Koreańczyków - czyli prawdziwe podwaliny sukcesu koreańskiej popkultury. Temat niesamowicie szeroki i złożony, więc zostawiam go lekturze.

I po trzecie, jest unikalnym studium różnic kulturowych, teraz i w przeszłości. Autorka - Euny Hong - to amerykańska dziennikarka koreańskiego pochodzenia. Dzieciństwo spędziła w Stanach. Jako nastolatka przeprowadziła się z rodzicami do Seulu, stolicy Korei Południowej. Po lekturze zaryzykuję stwierdzenie, że nigdzie nie czuła się zupełnie "w domu". W Stanach udawała Chinkę, ale i tak nie uniknęła dorastania w cieniu rasizmu. W Korei, przez brak płynnej znajomości języka i skomplikowanych zasad etykiety, czuła się skrajnie wyobcowana. Przerażało ją okrucieństwo koreańskich nauczycieli. Na studia wróciła do Stanów, długo mieszkała też we Francji, a jak podpowiada Wikipedia - nawet w Niemczech. Jej punkt widzenia jest absolutnie wyjątkowy.

Podsumowując, to fascynująca, treściwa książka (historyczna) łącząca w sobie studium społeczne i dość naturalistyczne wątki autobiograficzne. Warto podkreślić, motywem przewodnim "Cool po koreańsku" faktycznie jest ekspansja popkultury, ale zdecydowanie nie jest to jedyny punkt skupienia Autorki. 

Ogólnie rzecz biorąc, jestem z tej lektury zadowolona i mogę ją Wam szczerze polecić. Tylko uwaga! Nie jako kolejne, słodkie k-popowe czytadło "dla każdego".

♥2. Anna Sawińska - "Za rękę z Koreańczykiem" (Kwiaty Orientu)

Króciutko, "Za rękę z Koreańczykiem" to zbiór wywiadów o mieszanych, polsko-koreańskich parach i małżeństwach. Interesująca lektura, ale brakowało mi w niej solidnych treści o kulturze koreańskiej. Do tego (co za rozczarowanie!) wszyscy rozmówcy byli Polakami. Choćby jeden koreański punkt widzenia zrobiłby ogromną różnicę!

Lubicie koreańską popkulturę? Jeśli tak, co najbardziej?

2.22.2020

"Po bezdrożach Alaski" Sebastiana Bielaka

Dzisiaj na tapecie książka, co do której mam bardzo mieszane uczucia. Ciepłe pozdrowienia dla Book Paradise, która miała podobne wrażenia z lektury i nie zawahała się o nich otwarcie napisać - w recenzji tytułu od wydawnictwa.

Sebastian Bielak - "Po bezdrożach Alaski" (Zysk i S-ka)

fragment przyjemnej dla oka okładki "Po bezdrożach Alaski" Wydawnictwa Zysk i S-ka.
Bogata oprawa graficzna to jedna z najsilniejszych stron tej książki!

Podobnie jak Book Paradise (link do jej recenzji), od dawna marzyłam o podróży po Alasce. Mimo, że nigdy nie słyszałam o Sebastianie Bielaku, a cena jego książki była całkiem spora, skusiłam się na zakup. Sama tematyka i piękna oprawa graficzna były już dla mnie wystarczającą zachętą ;).

Przy bliższym poznaniu, "Po bezdrożach Alaski" nadal zapowiadało się dobrze. Wcześniej umknęło mi, że to relacja z trzymiesięcznego stażu w parkach narodowych, a nie prawdziwej włóczęgi, ale jakoś się tym nie przejęłam. W końcu, to opis spełnienia podobnego marzenia jak moje! - pomyślałam - i Autor Polak, też wysoko wykształcony, elokwentny, o lekkim piórze, a przy tym nie jakiś doświadczony podróżnik, a zwykły facet zakochany w przyrodzie. Ot, z entuzjazmem odkrywający Alaskę i z zaciekawieniem poznający losy potomków polskich emigrantów. Czy nie brzmi to tak jakoś... świeżo?

Wszystko pięknie, ale w rzeczywistości zupełnie nie mogłam nawiązać więzi z tym Autorem! Po prostu grał mi na nerwach! A to niestety śmiertelny cios przy pierwszoosobowej narracji.

Sęk w tym, że według mnie podróżnik powinien nie tylko kochać świat, ale też i zamieszkujących go ludzi. Lub po prostu próbować ich z całych sił polubić, czy chociaż zrozumieć. A tutaj tego zupełnie nie widać! Ponadto, istnieje subtelna różnica pomiędzy szczerym wyrażaniem swoich opinii, a obrażaniem innych. Czy Autor tego nie czuje?

Wszystkie te wyrażenia ociekające odrazą! Jak tak można o ludziach mówić? Nienawidzi grubych, nie lubi kobiet, które nie ubierają się wystarczająco kobieco (w trakcie stażu na Alasce!), czy też nie doceniają jego szarmanckich gestów (mówimy o Amerykankach, to przecież inna kultura!). Nie docenia gościnności, gdy częstują go jedzeniem typowym dla regionu, ale niesmacznym i niezdrowym na polskie gusta... W ogóle amerykańskiego stylu życia nie cierpi, już nawet nie wspominając o rdzennych Amerykanach! 

Rozdział po rozdziale, ciągle prawił kazania o dobrych, polskich obyczajach, a ja co chwilę znajdowałam kolejny okruszek czystego narcyzmu, arogancji / poczucia wyższości i hipokryzji...

Ech... Pewnie w gruncie rzeczy nie jest złym facetem. Może się za bardzo zagalopował? Niestety, takie podejście - zupełnie bez klasy - prawie zrujnowało dla mnie przyjemność z lektury... Te wszystkie piękne opisy natury... Zmarnowane!

Drogi Autorze! Wiem, że czytasz recenzje, bo na Twojej stronie nie brakuje linków do pochwał. Jeśli znalazłeś i tą, a dotrwałeś do końca - to mam dla Ciebie bardzo proste wyzwanie. Wiem, że - tak jak ja - jesteś bardzo dumny z polskiego pochodzenia. Ilu znanych i szanowanych polskich podróżników możesz wymienić, którzy tak energicznie i bez zażenowania szydzili ze wszystkiego dookoła? Arkady Fiedler? Nie? Może któryś inny? 

Nikt nie jest samotną wyspą. Nie ma nic złego w szczerym wyrażaniu siebie, ale czasami warto się zastanowić, JAK się to robi i jak to mogą odbierać inni. Już nawet pomijając takich zwykłych, szarych czytelników jak ja - co jeśli Twoja książka zostanie przetłumaczona i przeczytają ją Twoi "przyjaciele" z Alaski? Wiem, że nie popierasz skrajnej amerykańskiej poprawności politycznej, ale trochę empatii!


P.S. Jakoś naturalnie przerzuciłyśmy z Martą prawie całą dyskusję na Twittera :D - więc podrzucam link.

12.27.2019

"10 randek w ciemno" Ashley Elston

Jak uwielbiam Boże Narodzenie, całe to wesołe, mega-rodzinne zamieszanie, to po całym dniu świętowania - wieczorny odpoczynek z książką bywa wręcz zbawienny :D. I wcale nie jestem w tym odczuciu osamotniona ;). Tak, m.in. o Tobie tu piszę, Opowiem ci!

W tym roku, pierwszy wybór padł na leciutkie i urocze YA:
Ashley Elston - "10 randek w ciemno" (Wydawnictwo Dolnośląskie)



Fragment okładki "10 randek w ciemno" Wydawnictwa Dolnośląskiego.
W stosunku do okładek amerykańskich, jako dodatkowe elementy pojawiają się czapka i rękawiczki - widocznie mniej przydatne w podzwrotnikowej Luizjanie ;). Szczerze mówiąc, najbardziej spodobała mi się okładka portugalska, w zupełnie innym stylu. Co myślicie?

"10 randek w ciemno" to książkowy odpowiednik słodkiej, świątecznej komedii romantycznej :).  Historia jest tak cieplutka i nastrojowa, że wcale bym się nie zdziwiła, gdyby Netflix za jakiś czas nie wypuścił jej ekranizacji :D. Mam tylko nadzieję, że do wyboru aktorów podejdą na poważnie - bo w tym typie sukces w dużej mierze zależy od postaci!

Nie przedłużając, rzućmy okiem na fabułę ;). Sophie, trzeźwo stąpająca po świecie nastolatka z podzwrotnikowej Luizjany, kończy właśnie liceum i przygotowuje się do zmiany, jaką będzie wyjazd do college'u. Dodatkowo, w jej rodzinie ma się pojawić nowy maluszek - pierwsze dziecko jej starszej siostry.

Zbliża się Boże Narodzenie. Rodzice jadą pomóc przy trudnym porodzie i wysyłają młodszą córkę na Święta do dziadków - do centrum życia licznej, zakręconej, amerykańsko-włoskiej rodziny. Tuż przed wyjazdem, Sophie postanawia zrobić niespodziankę swojemu chłopakowi - co kończy się w filmowym stylu - rozczarowaniem i szybkim rozstaniem. Ze złamanym sercem, ucieka z miasta i opowiada o wszystkim babci.

Energiczna babka, prawdziwie włoska krew i faktyczna głowa rodu, oczywiście nie może pozwolić, żeby jej ukochana wnuczka przepłakała Święta za jakimś hultajem ;). Postanawia zaangażować w sprawę nie tylko całą bliższą i dalszą rodzinę Sophie, ale też i przyjaciół z dzieciństwa. Ku przerażeniu dziewczyny - jej bliscy przyjmują powierzone im zadanie z ogromnym entuzjazmem i postanawiają zorganizować jej 10 randek w ciemno. Wszystkie w iście świątecznej atmosferze.

Czy Sophie uda się przeżyć pomysły pełnych zapału "pomocników"? Czy odnajdzie w tym chaosie siebie, a na horyzoncie pojawi się nowa miłość ^^? Wśród krewnych ruszają zakłady :D.

Sami widzicie, chwytliwa historyjka, z mocnym naciskiem na motyw więzi rodzinnych i przyjaźni. Jak pewnie podejrzewacie - z mnóstwem sympatycznych, barwnych postaci.

Znalazłam co prawda jedną dziurę w fabule, ale nie było to nic istotnego. Patrząc na biografię Autorki, widzę, że osadziła swoją opowieść w najlepiej sobie znanych realiach. To był dobry ruch! Do kreacji świata nie mam żadnych uwag. 

Podsumowując, to naprawdę urocza, leciutka, zimowa lektura. Idealna na wieczór relaksu :).

Przyznajcie się, udało się Wam ukryć na chwilkę z lekturą ;)?

Goodreads - ostatnio przeczytane

The Simple Wild
Can't Wait to Get to Heaven
The Accidentals
Suddenly Royal
The Library of Lost and Found
Zakochani w świecie. Malezja
Czytelniczka znakomita
Listen to Your Heart
Better off Friends
Atlas szczęścia
Love & Luck
Drzewo życzeń
Za rękę z Koreańczykiem
Rekin z parku Yoyogi
Love & Gelato
Love Factually: 10 Proven Steps from I Wish to I Do
The Oracle Year
American Panda
Laowai w wielkim mieście. Zapiski z Chin
Boże Narodzenie w Lost River


Strona po stronie's favorite books »

Archiwum

Popularne posty